Czy właściciel domu czy ogrodu powinien zajmować czas ministrowi, gdy będzie chciał użyć preparatu do przyspieszenia procesu gnilnego kompostu?
Genetyk czytający projekt ustawy Prawo o organizmach genetycznie zmodyfikowanych (z 9 czerwca br.) ma nieodparte wrażenie, że tonie w oparach absurdu.
Prace z zakresu inżynierii genetycznej prowadzone od ponad 30 lat w dziesiątkach tysięcy laboratoriów na całym świecie, które nigdy nie doprowadziły do jakiegokolwiek zagrożenia człowieka i środowiska, zostały potraktowane na równi z pracami nad najgroźniejszą bronią biologiczną.
Autorzy projektu ustawy wydają się nieświadomi tego, że na świecie dziesiątki leków (np. insulina) i szczepionek (np. szczepionka przeciwko żółtaczce typu B ) jest otrzymywanych na drodze inżynierii genetycznej.
Na milionach hektarów uprawia się genetycznie zmodyfikowane rośliny (soja, kukurydza, bawełna) będące dobrodziejstwem dla milionów ludzi, zwłaszcza zamieszkujących Afrykę i południowo-wschodnią Azję.
Projekt ustawy oddaje nadzór nad wszystkimi pracami badawczymi i zastosowaniami z dziedziny inżynierii genetycznej ministrowi środowiska.
Tylko w nielicznych sytuacjach minister ten ma obowiązek konsultowania się z ministrami zdrowia, nauki, rolnictwa czy obrony. Aby wypełnić wszystkie ustalenia zawarte w projekcie ustawy, minister powinien stworzyć ogromny aparat urzędniczy, który będzie nadzorował i kontrolował prace nad genetycznie modyfikowanymi organizmami. Projekt zakłada bowiem, że prace te mogą być prowadzone jedynie w zakładach inżynierii genetycznej. Dla utworzenia takiego zakładu konieczne jest uzyskanie zgody ministra.
Dziś w Polsce są tysiące "zakładów" zajmujących się inżynierią genetyczną. Znajdują się one na wszystkich uniwersytetach, politechnikach, w szkołach rolniczych i medycznych, instytutach naukowych zajmujących się badaniami z dziedziny biologii, chemii, medycyny, nanotechnologii itd. Doświadczenia z zakresu inżynierii genetycznej są prowadzone w szkołach średnich, na festiwalach nauki, w dziesiątkach laboratoriów przemysłu farmaceutycznego i biomedycznego.
Wszystkie te laboratoria są kontrolowane przez służby takie jak sanepid.
Nie ma najmniejszego powodu, żeby specjalnie rejestrować i kontrolować je pod kątem prac z zakresu inżynierii genetycznej.
Co więcej, sprawdzenie, czy w danym laboratorium są obecne mikroorganizmy genetycznie modyfikowane, wymagałoby wielotygodniowych badań przez specjalistów od izolacji i sekwencjonowania DNA dysponujących bardzo kosztowną aparaturą. Musieliby oni przejąć zawartość probówek przechowywanych w lodówkach kontrolowanego laboratorium, co prawdopodobnie doprowadziłoby do zmarnowania rezultatów często wieloletniej pracy. Jak sobie to twórcy ustawy wyobrażają?
Projekt poświęca wiele miejsca problemowi "uwalniania do środowiska organizmów genetycznie zmodyfikowanych". O każdym takim "uwolnieniu"
należy powiadomić ministra i uzyskać jego zgodę.
Obecnie na świecie produkuje się rozmaite preparaty bakteryjne, które dodaje się do szamb i kompostów, aby przyspieszyć procesy, które tam powinny zachodzić. Wiele z tych preparatów zawiera genetycznie zmodyfikowane bakterie. Czy właściciel domku lub ogrodu rzeczywiście powinien zajmować czas ministrowi prośbami o zgodę na użycie preparatu?
Jeśli nie zawiadomi ministra, to zgodnie z art. 208 ustawy grozi mu kara
25 tys. zł. Czy nie wystarczy uzyskać atestu na produkowany lub sprowadzany preparat?
Artykuły 82-96 projektu ustawy to już prawdziwe kuriozum! Są poświęcone awariom, w wyniku których organizmy zmodyfikowane wydostaną się przypadkowo do środowiska. Projekt określa sposób postępowania w czasie awarii, likwidowanie jej skutków. Nakłada na wojewodów obowiązek powoływania wojewódzkich sztabów do spraw awarii, a na ministra środowiska obowiązek niezwłocznego zawiadomienia Komisji Europejskiej (art. 96). Sęk w tym, że awarie, o których mowa w projekcie, nie istnieją. Gotów jestem iść o zakład, że twórcy projektu ustawy nie będą w stanie wymyślić ani jednego przypadku awarii związanej z genetycznie zmodyfikowanym organizmem, który mógłby komukolwiek zagrozić.
Rzecz jasna, w pracach nad otrzymywaniem szczepionki przeciwko groźnej bakterii czy wirusowi może dojść do awarii i przedostania się zarazków do środowiska. Zagrożenie nie ma żadnego związku ze stosowaniem metod inżynierii genetycznej, lecz jedynie z tym, że prace dotyczą niebezpiecznego organizmu. Te prace powinny być - tak jak dotychczas - kontrolowane przez Ministerstwo Zdrowia, które ma odpowiednie służby i doświadczenie w postępowaniu w przypadkach awarii.
Ustawa reguluje też zasady prowadzenia upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych. Są one nadmiernie zbiurokratyzowane, ale tym problemem powinien zająć się minister rolnictwa i przekonać ministra środowiska, że sprawy te należy pozostawić w rękach fachowców, których w Ministerstwie Środowiska nie ma.
Projekt ustawy był podobno konsultowany z Komisją Europejską. Warto podkreślić, że Polska nie ma monopolu na rozmaitych oszołomów, którzy ze względu na chęć zaistnienia nadają sprawie czysto naukowej czy gospodarczej wymiar polityczny. W przypadku genetycznie modyfikowanych organizmów ich wrogami są na ogół partie tzw. zielonych, choć w Polsce przykładem takiej partii jest PiS. Stałoby się jednak bardzo źle, gdyby obecny rząd podejmował decyzje, kierując się wyłącznie koniunkturalizmem politycznym i nie zasięgając opinii na przykład Polskiej Akademii Nauk, instytutów resortowych związanych z rolnictwem (np. Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin), uczelni takich jak np. SGGW czy też organizacji takich jak Polska Izba Paszowa.
* prof. Piotr Węgleński jest dyrektorem Instytutu Genetyki i Biotechnologii Uniwersytetu Warszawskiego
źródło: Gazeta Wyborcza - Kraj nr 158, wydanie z dnia 08/07/2009 Nauka, str. 19, red. Sławomir Zagórski





