Polska Platforma Biotechnologii - PPB

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Artykuły Nauka w pułapce na myszy - wywiad z prof. J. Dulakiem opublikowany w Przeglądzie Technicznycm nr 8/2010

Nauka w pułapce na myszy - wywiad z prof. J. Dulakiem opublikowany w Przeglądzie Technicznycm nr 8/2010

Email Drukuj PDF
Dlaczego nie podoba się Panu Profesorowi sposób, w jaki mówimy w Polsce o innowacjach?
Na rozmaite sposoby odmienia się słowa: innowacje, nowatorstwo, biznes, tworząc puste, pozbawione treści sformułowania. W efekcie powstają potworki językowe - biotechnologiczna nowomowa.

Ten język, te klisze, te wytrychy, to nie jest polski wynalazek. Pojawiły się wraz z pisaniem aplikacji o granty - aby je otrzymać, po prostu trzeba używać pewnych słów.
Nowomowa nie może jednak odbierać nam wolności myślenia. Nie wolno się dać sprowadzić w schematy narzucane przez instytucje lub aktualnie obowiązujące poglądy.
Niestety – trzeba się uderzyć w piersi - czasem wszyscy ulegamy wymaganiom narzucanym przez reguły konkursów i używamy podobnych sformułowań. Przygotowując projekt o fundusze strukturalne w ramach tzw. programów strategicznych, również użyliśmy frazy „innowacyjne metody”. Tyle, że te słowa nic by nam nie pomogły, gdybyśmy przygotowali zły wniosek.

Inni europejscy naukowcy też tak piszą i mają efekty naukowe.
Pytanie, czy te efekty nie byłyby lepsze, gdyby język był inny. Same słowa nie wystarczą. Musi być jakaś treść. Ale żeby słowa wypełnić treścią, potrzebny jest wysoki poziom badań naukowych. Jak go rozpoznać? Być może, parafrazując poetę, jest to kwestią smaku, ale również wiedzy instytucji, które rozdzielają pieniądze, przedsiębiorców, rządu, lokalnych samorządów, by rozumieli, na czym polega rzeczywisty rozwój biotechnologii, przemysłu, klastrów, firm. Trzeba wyczuć, kto mówiąc innowacjach, rzeczywiście o innowacjach mówi.
Najpierw jest odkrycie naukowe, dopiero za nim idą praktyczne zastosowania. Tymczasem u nas próbuje się postawić tę prawidłowość na głowie. Pojawiła się moda, żeby najpierw myśleć o praktycznych wykorzystaniach, a dopiero potem próbuje się do nich dostosować naukę, co najczęściej sprowadza się do powielania różnych pomysłów. Dlatego za innowacyjne uważane są u nas projekty odtwarzania produkcji leków opracowanych gdzie indziej. Oczywiście wytwarzanie leków generycznych, na które wygasają patenty i wprowadzanie ich po niższej cenie na rynek jest bardzo ważne, ale nie możemy przecież nazywać tego wielką innowacją.
Jeżeli chcemy, aby rozwijała się polska nauka i związana z nią innowacyjna gospodarka, musimy wspierać naprawdę nowe rozwiązania, a te mogą się brać tylko i wyłącznie z dobrej nauki.

Jednak dzisiaj przekaz dla naukowców jest jednoznaczny: powinni zacząć myśleć o praktycznych zastosowaniach swoich badań.
Mówi się, że naukowców trzeba rozliczać na podstawie patentów. Jednak patenty są zawsze pochodną nauki. Jeżeli naukowiec myśli tylko o tym, żeby coś opatentować, nie będzie dobrym naukowcem.
Czy wie pani, czego dotyczy najwięcej patentów na świecie? Pułapki na myszy! Jest ich ok. 3 tys. Tylko, czy o takie patenty nam chodzi? Jeżeli chcemy, aby w Polsce rozwijała się innowacyjna gospodarka w dziedzinie biotechnologii, to jej podstawą muszą być badania naukowe na wysokim poziomie. Patenty pojawią się jako efekt dodany. Niektórzy naukowcy zawsze będą bardziej zorientowani na patentowanie, inni zdecydowanie bardziej są zainteresowani badaniami podstawowymi. Ważne jest, żeby pod każdym względem trzymać wysoki poziom, a z tym w Polsce nie jest dobrze.

Można odnieść wrażenie, że nauki podstawowe są u nas przeinwestowane i jesteśmy zbyt biednym krajem, żeby robić naukę dla publikacji. I wręcz zniechęca się do nich naukowców, żeby nie spalili patentu.
Równie dobrze można by zapytać, do czego jest nam potrzebny teatr, opera, skoro możemy np. finansować wyłącznie budowę stadionów piłkarskich. Główną rolą nauki, uniwersytetów, instytucji badawczych nie jest produkcja patentów, lecz prowadzenie badań, odkrywanie rzeczywistości, kształcenie młodych ludzi.
W Tajlandii, gdzie poziom badań naukowych nie jest wysoki, patentuje się bardzo dużo, znacznie więcej niż w Polsce. A jaki jest poziom rozwoju naukowego i gospodarczego tego kraju? Nie można się łudzić, że jeżeli rozwiążemy tylko i wyłącznie problem patentowania, to polska nauka od razu zacznie się rozwijać, jak w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii.
Z przeprowadzonej w ub. roku przez Scientific American analizy perspektyw rozwoju biotechnologii w różnych krajach wynika, że pod względem systemu ochrony patentowej wcale nie odbiegamy od innych krajów. Jeśli chodzi o intensywność powstawania firm biotechnologicznych, również nie odstajemy.
Pytanie, czy rzeczywiście są one innowacyjne. To, co się nazywa innowacją, najczęściej wcale nią nie jest. Pęd do praktycznych zastosowań może też prowadzić do niebezpiecznych działań. Jestem np. głęboko przekonany, że za 20-30 lat będziemy mogli stosować komórki macierzyste do leczenia choroby Parkinsona czy cukrzycy, tak jak z powodzeniem stosuje się terapię komórkową w leczeniu białaczek. Ale nie może być tak, że już dzisiaj firmy komercyjne sugerują, iż mają w zasięgu ręki nowe metody leczenia rozmaitych chorób za pomocą komórek macierzystych. Jest to po pierwsze nieetyczne, po drugie – z uwagi na duże ryzyko niepowodzenia, takie przedwczesne „biznesowe” podejście do badań naukowych stanowi poważne zagrożenie dla opracowania rzeczywiście skutecznych metod terapii w przyszłości.

Naukowy biznes drogo sprzedaje złudzenia?
To samo odnosi się do firm, które oferują różnego rodzaju testy diagnostyczne wykrywające predyspozycje np. do chorób nowotworowych. Owszem, liczba publikacji wskazująca na związek mutacji lub polimorfizmu w różnych genach z określonymi chorobami, rzeczywiście jest bardzo duża. Ale ponieważ publikacje te posiłkują się danymi statystycznymi, olbrzymia większość testów nie ma wartości diagnostycznej dla indywidualnego pacjenta i nie powinno się ich oferować w sposób komercyjny. A u nas uważa się, że jeśli firma sprzedaje tego rodzaju testy, to jest ona rzeczywiście innowacyjna.
Tymczasem prawda jest taka, że każdy, kto się
zajmuje biotechnologią, mógłby takich firm założyć kilkanaście, oferując wiele takich testów, tylko że to jest nie w porządku. Takie komercyjne przedsięwzięcia mogą się w rzeczywistości obrócić przeciwko ludziom i przeciw biotechnologii. Zysk nie może być jedyną miarą. Najpierw musi być nauka, naukowe potwierdzenie skuteczności metody, testu, a potem dopiero można myśleć o pieniądzach.

Co więc należy zrobić?
Przede wszystkim wspierać dobrą naukę i odsuwać tych, którzy tylko mówią dużo o biznesie, a w rzeczywistości nic nie robią. Ale tego sam rynek nie załatwi. Potrzebne są metody oceny naukowców odmienne od metod oceny wartości rynkowej firm. To jest sprawa kluczowa. Powinny powstawać instytucje wspierające badaczy, którzy myślą o praktycznym wykorzystaniu swojego dorobku. Widzę tutaj ważną rolę centrów innowacji, klastrów, inkubatorów, różnych funduszy, które pozwolą się takim młodym firmom rozwijać.
Istotną przeszkodą w moim przekonaniu są także bariery mentalne - np. sprzeciw wobec GMO, zapłodnienia in vitro, brak akceptacji dla badań na ludzkich zarodkowych komórkach macierzystych.
Nie wymyślono lepszego systemu oceny prac naukowych niż wskaźnik filadelfijski. Wskaźnik oddziaływania Science czy Nature wynosi ok. 25, zaś polskich czasopism - 1,5. Co jednak robi nasze ministerstwo? Ustala swój własny ranking, który tę różnicę dramatycznie spłaszcza. To oznacza, że 2 publikacje w polskim czasopiśmie są równe 1 publikacji w Science. To absolutne nieporozumienie. W ten sposób ciągle będziemy utrzymywać polską naukę na niskim poziomie. Ktoś kiedyś wymyślił polską drogę do socjalizmu, teraz próbujemy tworzyć polską drogę rozwoju biotechnologii.
To mrzonka - do oceny polskiej nauki nie można brać innych miar od tych, jakie się stosuje na świecie.

Chyba że, jak powiedział jeden z profesorów, będziemy ciągle organizować mistrzostwa świata w nauce w skali Polski.
Mimo wszystko wciąż jestem optymistą. Ważne tylko, by nie marnować pieniędzy na różnego rodzaju pozorne działania. Niedawno brałem udział w tzw. projekcie foresight, oceniając perspektywy rozwoju technologii związanych z komórkami macierzystymi. Miałem okazję zobaczyć dokumenty związane z tym projektem i prawdę mówiąc, stanęły mi włosy na głowie – wartość merytoryczna tych dokumentów jest żadna. Foresight jest swego rodzaju wróżeniem z fusów, ale wróżenie z fusów oparte na błędnych założeniach jest jeszcze bardziej bezproduktywne.
Należy się więc zastanowić, czy warto wydawać pieniądze na tego typu działania, czy nie lepiej przeznaczyć je np. na zwiększenie stypendiów dla doktorantów? To jest nasz wielki potencjał - młodzi ludzie, których większość chce pracować w Polsce. Są świetnie przygotowani do prowadzenia badań, a w przyszłości, kto wie – może do zakładania własnych firm w przemyśle biotechnologicznym.
Zawsze jest tak, że część inwestowanych pieniędzy nie przynosi spodziewanych zysków, ale czy przypadkiem biurokracja, która nami rządzi, nie za bardzo ma wpływ na to, że zbyt dużo pieniędzy idzie na coś, co z bardzo dużym prawdopodobieństwem nie przyniesie żadnego efektu?

Z prof. dr. hab. Józefem DULAKIEM, kierownikiem Zakładu Biotechnologii Medycznej Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawiała red. Irena Fober. Wywiad ukazał się w numerze 8/2010 "Przegladu Technicznego"
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


POWIĄZANE TREŚCI


Z OSTATNIEJ CHWILI

Na łamach portalu GAZETA.pl zamieszczony został "List otwarty ponad 30 naukowców do premiera Donalda Tuska w sprawie in vitro".
Portal umożliwia złożenie swojego podpisu pod tą publikacją.
Zapraszamy do czytania i aktywnego udziału TUTAJ